Join for FREE | Take the Tour Lost Password?
Shop deviantART for the
holidays and save BIG!
Click here! :holly:
[x]

deviantART

 

Kompania Czworga by ~Kristoph1989:iconKristoph1989:



- Karczma – rzekłbyś – budynek sztampowy, przybytek zacny, który stoi wszędzie, choćby w ów biednej wsi, którą żeśmy mijali nie dalej jak wczoraj, ot co; dwa domostwa na krzyż, młyn się ledwo na kruchym fundamencie ostaje, a tu proszę; szynk zacny jak młode i hoże dziewczę, wyglansowany na połysk, że aż trudno uwierzyć. A to przecież nic dziwnego, śmiem twierdzić, iż przybytków rozmaitych gdzie tylko okiem spojrzysz mnóstwo – każdy, nawet i kmieć pospolity, co to go nawet na czapkę porządną nie stać napić piwa się chętnie napije, a i ze znajomkami pogada i czasem też w pysk kogoś strzeli, ot dla odstępstwa od rutyny. Ha! Co by to było, gdyby karczm i szynków przeróżnych nam zabrakło…
- Wszelcy bogowie, przestańże wreszcie! – Perorujący wesoło tłuścioch aż skurczył się w sobie słysząc okrzyk towarzyszki, tak haniebnie przerywającej mu przemowę. – Odkąd tu wleźliśmy gadasz i gadasz, a nam do słowa nawet dojść nie dozwolisz.
- Jako żywo, jako żywo. – Krasnolud poprawił rusznicę, leżącą mu na kolanach i pokiwał z zapałem głową. Długa, ruda broda zatrzęsła się w takt jego ruchów, wyrzucając ze swoich odmętów garść okruchów i innych nieczystości, o których pochodzeniu Clyven wolał nie myśleć. Westchnął głośno i nie komentując całego zdarzenia upił łyk mocnego wina, które ostało się mu w pucharze.
Było ich czworo, podróżowali ze sobą ładny kawał czasu – stanowili jeno nietypową kompanię, patrząc przez pryzmat ostatnich niesnasek rasowych, jakie przetoczyły się przez te ziemie. Niziołek, człowiek, elfka i krasnolud, siedzący przy jednym stoliku i przepijający do siebie coraz to nowe kielichy wina. Niziołek – a na imię mu było Cytryn – próbował znów coś rzec, lecz struchlał pod surowym spojrzeniem elfki, która najwyraźniej nie była w stanie znieść ani jednego słowa więcej. Z tym Niziołkiem wiązała się ciekawa historia, był on bowiem jednym z wielu sierot i wyrzutków, tułających się po tej stronie górskiego łańcucha Tatanarów i miał to nieszczęście, że nie posiadał rodziców. Odkąd pamiętał, był właścicielem tylko jednego przedmiotu; wisiorka z ów cytrynem na szyi. Wiele razy go okradano, nawet z ubrań, lecz amuletu ukraść sobie nie dał. Nikt nie nadawał mu imienia, więc kiedy powiedziano mu, co nosi na szyi, postanowił, że będzie znany pod takim, a nie innym imieniem. Cytryn był najbardziej gadatliwy z całej kompanii, potrafił wesoło paplać o niczym przez długie godziny, więc zazwyczaj to on układał się z ludźmi wszelakiej maści, z którymi ów czwórka miała do czynienia. Był też najbardziej sprytny i – jak na Niziołka przystało – zręczny. Dał się poznać jako kuglarz i sztukmistrz, a także jako wprawny kieszonkowiec. Na pierwszy rzut oka zdałoby się, że Niziołek jest przyjacielem wszystkich wkoło, które to złudne wrażenie i rozbrajający uśmiech wiele razy wybawiało go z kłopotów. Elfka, cierpiąca na wieczną migrenę, wywołaną paplaniną Cytryna miała na imię Tyra. Oczywiście jej imię było znacznie dłuższe, z kilkoma myślnikami i apostrofami, jak to bywa u elfów, ale jak to bywa z innymi rasami – nikt nie miał serca by wymawiać je całe, stanęło więc na pierwszych czterech literach. Trudniła się sztuką magiczną, będącą obiecującą, choć wydaloną dyscyplinarnie studentką Collegium Arcanum w Anvitawc, podobno najlepszej uczelni w tej dziedzinie. Za co – nigdy nie chciała się przyznać, a każdy kto pytał, rezygnował szybko, widząc drobne płomyki obiegające jej dłonie w nagłym przypływie gniewu i zniecierpliwienia. Tak to już było ze studentami – nigdy nie potrafili kontrolować mistycznej energii do końca. Dziewczyna jednak była zdolna i brak umiejętności, czy znajomości czarów nadrabiała pomysłowością i zdolnością do improwizacji. Ot chociażby; któż inny wpadłby na pomysł, żeby przydrożnych rabusiów strącić ze skarpy w koryto lodowatego potoku prostym czarem używanym przez morskich magów do tworzenia wiatru, który dąłby w żagle? Kto paliłby karczmę czarem służącym do zaprószenia ogniska? Niewielu, z pewnością. A Tyra miała mnóstwo pomysłów tego sortu. Teraz ukrywała twarz w dłoniach, próbując oddzielić się od otaczającego ją gwaru i poradzić jakoś z nieustającym bólem głowy; nieprzyjemnym efektem ubocznym nadmiernego używania magii. Rudobrody krasnolud potoczył wzrokiem po towarzyszach i parsknął krótkim, charakterystycznym dla siebie śmiechem. Urvyn Szorstki, syn Murdnira, czarna owca rodziny Volkenson z Anvitawc - gdzie zresztą poznał Tyrę - miał… Poglądy. Wierzył w innowację i postęp, nie w ciężką pracę starymi metodami. Karabin leżący wygodnie na kolanach wciąż mu o tym przypominał, a i krasnolud co rusz czule go dotykał, jakby sprawdzając czy wszystko jest w porządku. Stal i kamień, mówiły inne krasnoludy, to jest to czego trzeba się trzymać! On jednak wydawał wszystko co zarobił, a nawet i więcej, na czarny proch tajemniczej receptury, żyłę złota alchemików i pracował. Ludzie dawno już zaczęli używać palnej broni w swoich wojskach, możni tworzyli całe regimenty strzeleckie, krasnoludy wolały jednak pozostać przy swoich toporach, młotach i oblężniczych samopowtarzalnych kuszach. Szorstki jednak postanowił stworzyć coś nieprawdopodobnego, i stworzył. Jego broni świat jeszcze nie widział, zaś przed jej grzmotem drżał każdy, kto choć raz takowy usłyszał. Lecz mniejsza o to. Czwartą personą, wieńczącą ów grono osobliwości był człowiek, niewiele ponad trzydzieści wiosen, ogorzały, z długimi, czarnymi włosami spiętymi w kucyk. Nazywał się, jak już zresztą wspomniałem, Clyven, a zajmował się, cóż… Wszystkim. Zwiedził niemal wszystkie dwory w krajach pomiędzy oceanami, od kuchni. Dosłownie. Służył jako giermek, kucharz, strażnik, klawisz w lochach, sługa, stajenny, czy pucybut. Był nawet bardem na dworze barona Montegovara, lecz – jak sam twierdzi – nie szło mu dobrze, a i nikt z otoczenia jegomości barona nie mógł docenić niebywałego kunsztu i talentu nowatorskiego barda. Innym razem robił za osobistego gwardzistę władyki jakiegoś małego kraiku, również z niewielkim sukcesem, jako że ów króla zabito w skrytobójczym zamachu. Clyven po prostu nie lubił zagrzewać nigdzie miejsca, za to kochał podróżować, co chwila zajmować się czymś nowym. Był człowiekiem wielu talentów, i niepoprawnym kobieciarzem. Jego jedyna porażka – Tyra – stanowiła dlań przysłowiową sól w oku, lecz nie poddając się, wytrwale walczył o jej względy, wywołując złośliwe uśmieszki na twarzach towarzyszy i przyprawiając elfkę o jeszcze większy ból głowy.
Ta czwórka długo myślała nad nazwą. Spotkali się wszyscy rok temu i postanowili połączyć swe siły, by wspólnie odkrywać świat i podróżować w nieznane, podejmować wyzwania, jakich nikt wcześniej podjąć się nie odważył, zdobywać bogactwa, o jakich innym się nie śniło. Wreszcie Cytryn, po wielu godzinach zadumy wymyślił. Clyven zaś opracował plan zdobycia tak wymarzonej chwały i pieniędzy. Wszyscy się zgodzili i tak się już ostało.
Byli Kompanią Czworga… I polowali na smoki.

***

- Smoki?! – Kmiotek roześmiał się, podpierając się pod boki. Stał naprzeciwko podniszczonego wozu, na którym siedziała największa czwórka dziwadeł jakie miał okazję widzieć; dwa karły, spiczasto ucha dziewczyna i człowiek, wyglądający jak stary marynarz. – Każdy wie, że smoków ni mo!
- A właśnie, że są, chami synu! – Odkrzyknął jeden z karłów tając na równe nogi i rozglądając się butnie po tłumku gapiów, który otoczył wóz. – A myśmy wam dowód przywieźli, który to żeśmy zdobyli w ciężkim boju, nie dalej jak kilka staj od waszej wioski, ot co!
Spojrzał na swojego niskiego towarzysza, który podniósł się ociężale, i zrzucił coś z wozu. Dziwna pakuła, owinięta białym płótnem, pokrytym czerwono - burymi plamami. Zeskoczył w jej ślad i zręcznym ruchem zerwał materiał. Gawiedź z głośnym świstem odskoczyła od wozu, czyniąc święte gesty i spoglądając na pakunek z przerażeniem. Otóż ich oczom ukazał się prawdziwy smoczy łeb, oddzielony od reszty ciała jakimś niechybnie ostrym narzędziem. Ślepia bestii były szeroko otwarte, wpatrując się w pustkę, kły jeżyły się z półotwartego pyska, teraz już niegroźnie zdobiąc pokryty gęstą łuską łeb bestii.
- Sm… Sm… Smok! – Wyjąkał przerażony kmiotek, który jeszcze przed chwilą naśmiewał się z pomysłu przybyłych.
- A nie powiedziałem, że smok?! Powiedziałem! – Karzeł stojący na wozie nabrał rezonu, podparł się drobnymi rączkami pod boki i jął mówić dalej. – Bestia to była straszliwa, a i głową ręczę, że któregoś dnia poczułaby głód tak dotkliwy, że ponapadałaby na okoliczne wioski i pojadła co tłustszych kmiotków, ot co!
- Chwała wam możni panowie! – Po chwili podziękowania posypały się ze wszystkich stron, zaś siedzący na wozie uśmiechnęli się jedynie ze słabą wdzięcznością. Jakaś chłopka, niechybnie żona któregoś z przerażonych łbem kmiotków wystąpiła naprzód.
- Waszmościowie głodni muszą być i spragnieni, po tak ciężkiej walce, prosimy, prosimy do chaty, my lud prosty, ale prawa gościnności zna i szanuje, prawda? – Chór głosów zaraz jej przytaknął, i po chwili cała gromada ruszyła do jednej z ubogo wyglądających chat. Na podwórzu ostał się tylko wóz i leżący obok niego smoczy łeb.

Rankiem…

- Cytryn, mała cholero! Szybciej!
- Cichaj, cichaj, idę…
- Clyven, konie?
- Już, już, moment… Gotowe!
- Ciszej! Macie wszystko?
- Tak, wszystko cożem zdołał udźwignąć…
- Dobra, pakuj się i jazda!
- Szz! Tyra, kiedy zaklęcie przestanie działać?
- Jak będziemy bardzo daleko, spokojnie.
Wóz ruszył z głośnym chrzęstem, uciszany głośnymi szeptami Kompanii. Odjechali z wioski czym prędzej, nim ktokolwiek zdołał się przebudzić po nocnej libacji. Swój wkład miała w to także magia elfki, która sprawiła, że wszyscy prócz przyjezdnej czwórki, posnęli niczym małe dzieci. Po kilku  chwilach wóz stanowił tylko małą kropkę na horyzoncie, wywożąc ze sobą zaśmiewających się teraz kompanów, i wszelkie dobra, jakie tylko udało im się znaleźć we wioskowych chatach.
Leżąca na podwórzu iluzja smoczego łba zamigotała i znikła.
©2008-2009 ~Kristoph1989
:iconkristoph1989:

Author's Comments

Ot wreszcie rezultat pracy w pocie czoła.

Nawiasem mówiąc, to tylko początek mojej przygody z Kompanią Czwroga.

Comments


love 0 0 joy 0 0 wow 0 0 mad 0 0 sad 0 0 fear 0 0 neutral 0 0
:iconglobtroter:
Dawno nie czytałem nic Twojego, dawno nie miałem w ręku fantastyki, a że mi się stęskniło za LO itd. to przeczytałem nawet ;p Ale Ci powiem, że dobra robota. ;) Może tam kilka zdań do poprawy, ale pomysł grejt i wykonanie cud miód i orzeszki!

--
Co dla Ciebie jest sufitem, dla mnie jest podłogą.
:iconkristoph1989:
Teraz jak wrócę do Poznania, druknę to i poszukam błędów. Niestety kontaktu z moją poprawiaczką Joanną nie mam, bo się nie odzywa, a chętnie skorzystałbym z jej edytorskich talentów.

No i we wspomnianym Poznaniu zabiorę się za nastę;pne opowiadania. Ciesze się, że się podoba.
Daj fava! :P
:iconglobtroter:
;pisz favy jak komcie słit sixitn ;p P.Joanna daje znać czasem - puknij do niej na gg lub maila

--
Co dla Ciebie jest sufitem, dla mnie jest podłogą.

Details

December 10, 2008
13.7 KB

Statistics

3
2 [who?]
58 (0 today)
1 (0 today)

Site Map